Poczucie humoru – o cienkiej czerwonej linii słów parę

Lubimy się śmiać, szczególnie w towarzystwie. Ludzkość odkryła to już dawno, tworząc teatr, cyrk, kabaret, czy po prostu dowcip. Zaraz później przyszło jednak odkrycie, że każdy śmieje się trochę z czegoś innego. I tu zaczynają się schody.

Czy istnieje uniwersalne poczucie humoru?

Facet poślizgnął się na skórce od banana i poleciał twarzą na tort. W czarnobiałym filmie byłby to impuls do wybuchu śmiechu, ale dziś? Pewnie uśmiechniemy się półgębkiem, ale z pewnością nie jest to najzabawniejsza rzecz na świecie. Granice poczucia humoru są systematycznie sprawdzane przez dzisiejszą popkulturę, widzowie mają więc coraz większe wymagania. Rzeczy które jeszcze pół wieku temu rozbawiłyby każdego, dziś są nudne.

Oczywiście, można bezpiecznie założyć że większość blondynek poczuje się urażona dowcipami o tym kolorze włosów. Oszczędnie owłosieni nie zaśmieją się gromko z żartów o łysych, a obywateli Radomia nie będą bardzo bawić żarty z ich miasta. Łatwiej jest jednak przeprowadzić eliminację nieśmiesznych rzeczy, niż ustalić te które dla wszystkich będą równie śmieszne.

Z humorem jest jak z muzyką – znamy różne gatunki, ale mamy swój ulubiony. Jaki utwór włączysz, jeśli na sali będzie po równo fanów hip-hopu, muzyki klasycznej i jazzu? Opowiadanie żartów, czy rozbawianie ludzi w ogóle to sztuka łącząca matematyczną precyzję i pewnego rodzaju intuicję. Krócej zaś mówiąc: to niezwykle ryzykowne zajęcie.

Z czego się śmiać i kiedy?

Komedia to tragedia plus czas – mawiają komicy. Kiedy standuper na scenie opowiada, jak kiedyś przeżywał dramatyczne chwile stojąc w korku, rozumiemy jego ból, ale także doceniamy jego dystans, i to zderzenie powoduje śmiech. Żeby coś nas bawiło, musimy to najpierw rozumieć. Śmieszne są kontrasty, wyolbrzymienia, abstrakcyjne porównania, i wszelkie inne rzeczy które zmuszają nasz mózg do gimnastyki.

Najlepiej też zacząć od śmiania się z samego siebie. Publiczność docenia to, kiedy prowadzący nie bierze siebie zbyt serio. Publiczność lubi też widzieć, że na scenie stoi prawdziwy człowiek, a nie wypacykowany “pan z obrazka”. Poczucie humoru jest uniwersalnym językiem w którym można przekazać widowni: hej, jestem taki jak wy.

Podczas eventu może zdarzyć się wiele potencjalnie zabawnych sytuacji. Nie wszystkie z nich warto wykorzystywać, stąd też wyczucie jest najważniejszą cechą dobrego prowadzącego. Jeśli gala ma być dostojna i poważna, warto powściągnąć się z żartem. Jeśli jednak nie jest to raut na pięćdziesiątym piętrze, a intuicja prowadzącego podpowiada, że wszystkim przyda się nieco oddechu – to właśnie ten moment.

Co do zasady, nie śmiejemy się z czyichś pomyłek, niestosowności, nieprzewidzianych zachowań. Śmiać się natomiast można z rzeczy, gdyż one uczuć nie posiadają. Przytoczę przykład z pikniku plenerowego, który kiedyś prowadziłem. Za mną stał dmuchany ekran, który nagle w wyniku braku prądu zaczął gwałtownie opadać. Jedyne co widziałem to przerażone twarze widowni – było jednak za późno, żebym się odsunął. Płachta ekranu opadła na mnie, a ja niewzruszony odrzekłem: “w końcu ktoś na mnie leci”.

Taki sposób na rozładowanie napięcia wydaje się być najlepszy dla wszystkich stron: widownia zapomina, że się przed chwilą bała, panowie od dmuchańca mają mniejsze wyrzuty sumienia, a cały event toczy się dalej. Sukces tego żartu w dużej mierze polega na tym, że to autoironia – nie ma więc nikogo kto by mógł poczuć się urażony.

“Nie umiemy – nie żartujemy”

Tym pobłażliwym cytatem zawodowi komicy puentują często niezbyt udane żarty osób, które humorem nie posługują się profesjonalnie. Nie znaczy to, że wyłączne prawo do publicznego okazywania poczucia humoru mają kabareciarze, ale jedynie podkreśla, że każdy żart wiąże się z odpowiedzialnością. Mówiąc publicznie “coś śmiesznego” możemy się szybko przekonać, że tylko nas to bawi, albo co gorsza część widowni oburza.

W pracy konferansjera żart pełni rolę wentyla bezpieczeństwa, ale także sposobu na zaprzyjaźnienie się z widownią. To dobry sposób na pokazanie, że gramy do tej samej bramki. Widzowie mogą bowiem na początku wydarzenia czuć, że konferansjer to trochę ich wróg – stoi przecież po drugiej stronie sceny. Żart skraca dystans i podkreśla człowieczeństwo. O ile oczywiście jest zabawny.

Wyjątkiem od reguły są żarty, które z założenia mają być niezabawne – tzw. suchary. Mistrzem w ich opowiadaniu na skalę kraju jest Karol Strasburger. Weszły one do kanonu polskiej rozrywki, i stanowią jego znak rozpoznawczy. Paradoksalnie, są dosyć bezpieczną metodą na opowiadanie żartów, bo rzadko kogokolwiek urażają.

Jeśli humor nie jest Twoim codziennym językiem, a do swojej wypowiedzi chcesz wpleść coś zabawnego bo wydaje Ci się, że to ją ożywi – poniechaj. Nie ma nic gorszego niż wymuszony śmiech, który nie idzie z przepony, a z poczucia że wypada. Zawodowi komicy testują też swoje żarty zanim wyjdą z nimi na scenę, zatem jeśli nie masz pewności że coś będzie zabawne, sprawdź to wcześniej na mniejszej grupie.

Magia chwili i żart sytuacyjny

Są żarty i anegdotki, które można umieścić w dowolnym punkcie scenariusza i będą pasowały. W trakcie eventu, który jest przecież żywym tworem na który pracują wszyscy obecni w pomieszczeniu, zdarzyć się jednak może coś obiektywnie zabawnego. Doświadczony prowadzący widząc to czuje potencjał wykorzystania okazji – zbadać tylko należy, czy publiczność wie z czego będziemy się śmiać, czy sytuacja nie jest raczej tragiczna niż zabawna, czy nie ma “ofiar”, i wreszcie czy sytuacja nie komentuje się sama. Wszystko to trzeba zrobić w ułamku sekundy, jednocześnie redagując w głowie puentę. Od wyniku powyższych działań zależeć będzie, czy dostanie się ona na język czy też nie.

Na marginesach scenariuszy, które przerobiłem przez lata jest masa żartów, które nigdy nie dotarły do niczyich uszu. Wynotowuję sobie, jak zabawnie skomentować coś, co pada ze sceny a potem okazuje się że prezentacja trwa jeszcze 20 minut. Nie ma szans, żeby odbić się od czegoś, czego widownia już nie pamięta. Trzeba szukać czegoś w kolejnych minutach. Staram się tak konstruować żarty sceniczne, aby nie tylko były aktualne, ale też wspierały przekaz, który idzie ze sceny. Nie wyśmiewam nigdy tego, co zostało powiedziane.

Skąd wiem, który żart będzie żarł? Po pierwsze, z doświadczenia. Poczucie humoru da się zrozumieć na płaszczyźnie matematycznej, jest o tym sporo książek, i jeśli macie ochotę i wolny czas – gorąco polecam. Dobry żart ma swoje tempo, wykorzystuje pauzę, modulację, grę spojrzeniem, sylwetką… Masa pojedynczych elementów, które składają się na całość. Nie jest też tajemnicą, że najlepsza improwizacja jest przygotowana. Pewne zabiegi sceniczne powtarzają się na każdym evencie, dzięki czemu każde kolejne ich wykonanie jest coraz bardziej finezyjne i trafione.

Po drugie, śmieję się z siebie, albo z tego z czego śmieją się inni. Jeśli widzę, że coś bawi większosć sali, pośmieję się z nimi – tylko ze sceny. Oczywiście nadal bez krzywdy nikogo z obecnych, urażania ludzi ad personam czy krytykowania czegokolwiek co składa się na event. Trzeba jednak pamiętać, że nie ma takiego żartu który rozbawiłby wszystkich obecnych po równo. Nie jest to celem, i nie powinno powstrzymywać od użycia humoru jako dodatku.

Podsumowanie

Wielu organizatorów boi się, zatrudniając konferansjerów że będą oni “jechać po bandzie” i nie dostosują swojego poczucia humoru do okazji. Podobnie jest zresztą ze standuperami. Różnica jest jednak podstawowa – komik musi rozbawiać publiczność, ja natomiast aż i tylko: mogę. Dlatego ostatecznie wybieram tylko te żarty, co do których jestem przekonany, że “wejdą”.

Krzysztof Łobodziński

Krzysztof Łobodziński

konferansjer, aktor, wokalista, prezenter radiowy. Członek Zarządu Stowarzyszenia Branży Eventowej. Wykładowca na Studium Event Management Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Przeczytaj też:

Efekt WOW

Gdyby zmierzyć częstotliwość występowania różnych fraz w zapytaniach i/lub rozmowach, to byłby niewątpliwy lider. Z jakiegoś powodu wielu klientów nadal marzy o tym żeby zaskakiwać

WIĘCEJ

Idziesz już?

Zapisz się na mój newsletter na LinkedIn.
Poznajmy się.